Sylwetki

Jedno ujęcie zamiast setek słów

10.10.2014 • Dominik Mikołajczyk

Jego bogate archiwum to historia najważniejszych wydarzeń w Komendzie Stołecznej Policji z ostatnich kilkunastu lat. Na wyjątkową kolekcję składają się tysiące twarzy oraz dziesiątki ciekawych kadrów ukazujących garnizonowe życie. On zapewne nie zna wszystkich, ale jego zna niemal każdy w „stołecznej”. Szczególnie talent fotograficzny, skromność, uprzejmość, a zwłaszcza bezinteresowność.

Krzysiu, zwracam się zdrobniale, bo w ten przyjazny sposób mówią do Ciebie wszyscy. Czym zajmujesz się w Wydziale Kadr KSP?
Jestem specjalistą Sekcji Organizacji Policji i Ewidencji – zajmuję się m.in. problematyką mobilizacyjno-obronną w KSP, szkoleniem i doskonaleniem zawodowym. Z Policją związany jestem już 20 lat…

…w trakcie których wiele zaangażowania włożyłeś w fotografowanie najważniejszych wydarzeń w garnizonie, a także portretów wszystkich komendantów. To nie udaje się każdemu.
Rzeczywiście, tak się złożyło, że wykonuję zdjęcia portretowe komendantom i ich zastępcom. Korzystam często z uprzejmości laboratorium kryminalistycznego, które udostępnia mi swoje pomieszczenie wraz z wyposażeniem w postaci lamp studyjnych, tła, itd.

Posiadasz historyczną już kolekcję zdjęć kadry kierowniczej z ostatnich kilkunastu lat.
Nigdy nie kasuję zdjęć. Można powiedzieć, że od 25 lat kolekcjonuję wszystko, co do tej pory zrobiłem. Negatywy skanuję na dyski i robię kopie. Należę do ludzi, którzy nie wyrzucają tego, co zrobili. Obecnie moje archiwum mieści się na 17 dyskach, które mają nawet po kilka terabajtów pamięci.

Liczbę twoich zdjęć można liczyć w milionach?
Milion dawno już przekroczyłem.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z fotografią?
Dawno… Miałem 13 lat. Pamiętam dokładnie, że pierwsze zdjęcie zrobiłem aparatem Smiena 8. Moją pasję rozwijałem w Technikum Mechanicznym Zespołu Szkół Technicznych w Chełmie, gdzie zostałem opiekunem koła fotograficznego. Mój zapał był tak wielki, że ogromne zapasy szkolnych klisz fotograficznych zużyłem… w ciągu kilkunastu tygodni. Myślę jednak, że dobrze zapisałem się w historii szkoły, bo do dziś utrzymuję bliski 4 kontakt  z nauczycielami. Kiedy trafiłem do Policji, musiałem skupić się na innych priorytetach. Z czasem moje zainteresowania okazały się bardzo przydatne w pracy.

Jakie było Twoje pierwsze, znaczące zdjęcie?
Namiętnie fotografowałem owady. Zdjęcia w skali makro wykonane zenitem TTL zachwycały przede wszystkim mnie samego, nigdy usilnie nie starałem się brać udziału w konkursach fotograficznych. Moim pierwszym aparatem cyfrowym był canon i tej marce jestem wierny do dziś. Z biegiem lat tematyka zdjęć mocno się poszerzyła.

Co lub kogo najbardziej lubisz fotografować?
Kocham rajdy samochodowe. Już samo oglądanie zmagań najlepszych na świecie kierowców przynosi ogromne emocje. Nigdy nie odważyłbym się jeździć jak oni, ale oglądania rajdów na żywo (szczególnie tych z WRC) nie można porównać z niczym innym. Po prostu – trzeba obejrzeć je samemu. Fotografią próbuję oddać dynamikę jazdy, ale to bardzo trudne zadanie. Obiektem moich zainteresowań jest również nieokiełzana przyroda oraz architektura.

Co określa, że dane zdjęcie możemy uznać za dobre?
Przekaz. Prawidłowo sfotografowany obiekt czy zdarzenie powinno zastąpić setki słów. Fotografując ludzi nie możemy ograniczać się tylko do poprawnej kompozycji oraz właściwie dobranych parametrów. Szukajmy odpowiedniego momentu, czekajmy na taką chwilę, która wyróżni naszą fotografię na tle innych. W przypadku moich ulubionych rajdów zależy mi na tym, aby samochód był tylko dopełnieniem wcześniej przemyślanego kadru. Chodzi przecież o „rajd”, a nie samochody.

Możliwości techniczne obróbki zdjęć są dziś ogromne. Co w takim razie decyduje o jakości fotografii?
Dzisiejsze programy graficzne dają ogromne możliwości „podrasowania” zdjęć. Swoją przygodę z obróbką zaczynałem, czytając książki Scotta Kelby’ego, autora ponad 30 pozycji o fotografii. Aktualnie mamy możliwość korzystania i uczenia się z darmowych, internetowych tutoriali.
Istotne znaczenie mają również nowoczesne tablety czy telefony komórkowe. Jakość zdjęć robionych tymi „zabawkami” jest coraz lepsza. Największe agencje prasowe rezygnują z zatrudniania etatowych fotoreporterów, bo niemal każdy może nim być, jeśli znajduje się w centrum wydarzeń. Zawód fotografa trochę traci na znaczeniu, choć talent zawsze był i jest w cenie.

Kogo cenisz spośród fotografów?
Zachwycają mnie zdjęcia Annie Leibovitz - amerykańskiej portrecistki. Z naszego podwórka mistrzem jest dla mnie Dominik Kalamus, specjalizujący się w tematyce rajdowej.

Podróżowanie z Tobą jest zapewne dość nietypowe? Wypuszczasz choć na chwilę aparat z ręki?
Kultywuję znanemu wśród fotografów powiedzeniu, że najlepszy aparat to ten, który masz przy sobie. Zawszę noszę przy sobie aparat, jeśli nie profesjonalny, to chociażby mały automat. Najbardziej jestem „uciążliwy” w czasie podróży. Kiedy tylko wsiadam do samolotu, zaczynam od… dokładnego przetarcia okna, bo umożliwia mi to uchwycenie fantastycznych zdjęć z wysokości. Rzadko wsłuchuję się w słowa przewodnika, bo ciągnę się ostatni w grupie, próbując uchwycić najlepsze kadry. Są miliony uroczych miejsc, które mógłbym fotografować przez całą dobę. Natężenie światła zmieniające się w ciągu 24 godzin sprawia, że każde ujęcie jest niepowtarzalne. Chciałbym raz jeszcze odwiedzić grecką wyspę Santorini. Musiałbym tam jechać sam i to przynajmniej na dwa tygodnie. Nie zmrużyłbym oka na sekundę.

Jak Twoją pasję „znoszą” najbliżsi?
Są częstym obiektem moich fotograficznych dokonań i przyzwyczaili się do mojego trybu życia oraz pasji. Najsurowszym, a jednocześnie cenionym, krytykiem jest moja żona.

Kiedy będziemy mogli obejrzeć Twoją autorską wystawę fotografii?
To zaskakujące, ale nigdy nie miałem takiej prezentacji. Prowadzę koło fotograficzne przy NSZZ Policjantów KSP i właśnie rozpocząłem przygotowania do wystawy. Szczegóły już niebawem.

Czekając z niecierpliwością, dziękuję za rozmowę.

Z aspirantem sztabowym Krzysztofem Chwałą rozmawiała Elżbieta Sandecka-Pultowicz
foto Krzysztof Chwała